Jest już wrzesień, dni są krótsze, noce zimniejsze, do 31 października komornicy będą chcieli dokonać jak najwięcej eksmisji, aby wyrobić normę. Eksmisje przyspieszają i ludzie, którzy nie mają szczęścia załapać na czas ochronny trwający od 1 listopada do ostatnich dni marca, lądują przed zimą na bruk, ale na raty. Mogą przejść przez hotel robotniczy czy noclegownie, jako formę lokalu zastępczego, z którego potem lądują i tak na ulicy. Noclegownia stanowi element spychania ludzi na życiowe dno i utrzymywania ich w tym stanie latami. Noclegownia nie stanowi żadnego sposobu wyprowadzania ludzi z bezdomności, stanowi chwilową pomoc takim osobom, celem zapewnienia im noclegu. Obraz tego miejsca w ogólnospołecznym odbiorze jest negatywny.
Są miejscem ludzkich dramatów, cierpień, beznadziei i początkiem dla wielu końca siebie samych. Nie jest tak, że jest to jedynie przybytek, gdzie lądują wyłącznie ludzie zniszczeni fizycznie i psychicznie przez alkohol, przebywają tam również te osoby, którym los zgotował piekło na ziemi, niespowodowane nadużywaniem promilowego płynu. Krzyżują się tam historie różnych ludzi, którzy nierzadko w przeszłości ciężko pracowali, mieli domy oraz rodziny, żyli normalnie do momentu, gdy przypadek losowy (choroba czy utrata pracy) sprawił, że stracili środki finansowe lub ich ograniczona suma nie pozwalała na regulowanie wszystkich rachunków. Potem długi, ponaglenia, wyrok sądu i po jakimś czasie komornik i do widzenia! Życia już nie ma! Jest noclegownia lub ulica! Nie ma niczego w zamian. Państwo uważa noclegownie, za jedyny sposób walki z bezdomnością oraz wykluczeniem społecznym. Zresztą bardzo tanim, bo nieangażującym zbytnich środków finansowych lokalnych samorządów. Po, co budować mieszkania społeczne (komunalne i socjalne)? Wystarczy barak, stojący gdzieś na przedmieściach miasta, tam można utylizować ludzką „bezimienną” masę. Z dala od normalnego społeczeństwa, od oczu samozadowolonych z siebie ludzi, którzy uważają, że jak ma się pracę, to go los do noclegowni nie zawiedzie. A tu niespodzianka! Nic nie jest gwarantem, że nie będziemy w przyszłości spędzać noce w takich miejscach. Nie jest nim już na pewno praca a i wykup mieszkania na własność, też nas nie uchroni od tego. Polacy chcąc jedynie przeżyć, bo nie gwarantuje im tego bardzo często niskie wynagrodzenie, zadurzają się na potęgę w parabankach, na tzw. „chwilówkę”. Chociaż Krajowe Biuro Dłużników podaje alarmujące dane, nikt tego poważnie nie analizuje, nie wyciąga wniosków na przyszłość. Co do mieszkań własnościowych, roznosząc ulotki nie raz, nie dwa widziałem na drzwiach do mieszkań spółdzielczych informacje o dokonaniu licytacji lub eksmisji przez komornika. Co się dzieje z ich byłymi mieszkańcami? Można się tylko domyślać.
Noclegownie są traumą nie tylko dla osób dorosłych, przede wszystkim dla dzieci, które nie powinny tam trafiać, a jednak niejednokrotnie zdarzały się, że rodziny z małymi dziećmi tam trafiały. Sami pracownicy noclegowni byli takimi przypadkami oburzeni, a media takie sprawy nagłaśniały. Gorzej z informowaniem opinii publicznej powodów, dla których ludzie stają się beneficjantami noclegowni, jako coraz szerszego problemu społecznego. Standardy panujące w noclegowni jest niski, nie dba się tam o dobro przebywających osób, brak bardzo często higieny np. zmiany pościeli, będącej używanej przez wiele osób na raz. Pracownicy takich miejsc to często darmowa siła robocza, w postaci byłych bezdomnych, którzy z faktu, że mają pracę są już wyżej w hierarchii. Często zastraszają i upokarzają osoby, które tam trafiają. Zamiast im pomóc ludzie mający za sobą dramaty osobiste, są jeszcze dobijani przez tych, co sami byli niedawno w takiej sytuacji. Noclegownie to miejsca stygmatyzujące ludzi na długi czas. Nie ma w nim żadnego planu działania na rzecz bezdomnych, jedynie jest to miejsce noclegu, wzięcia prysznica, zjeść śniadanie, tyle i do widzenia! Osoby bezdomne żyją między takimi miejscami a działkami, pustostanami, klatkami schodowymi czy kanałami ciepłowniczymi. Noclegownie będą zawsze wytłumaczeniem urzędników państwowych czy samorządowych, że w taki a nie inny sposób walczą z ubóstwem, bezdomnością oraz wykluczeniem. Kiedy jadę pociągiem, widząc budynek noclegowni na Skaryszewskiej, stojącego niedaleko warszawskiego dworca Wschodniego, myślę o tych ludziach, co już nocowali tam, nocują i będą nocowali. Szczególnie warto zatrzymać się na tych ostatnich. Dziś kładą się z rozkoszą w domowych pieleszach, a w niedługiej przyszłości bez swojej winny, mogą mieć tylko wybór położenia się w śmierdzącej pościeli z innymi w jednej sali. W noclegowni idą spać nie tylko ludzie, również ich dramat.
Sprzedany przez własną córkę
Pan Janusz ma 60 lat i jest wdowcem. Swoje mieszkanie przepisał na córkę, a ta je sprzedała przed swoim wyjazdem do Anglii, wraz z ojcem. Utrzymuje się z niewielkiej renty i mieszka w schronisku dla bezdomnych. Na złomie pojawia się codziennie – trochę żelaza, trochę makulatury.
Bez pracy bez chleba
Adam ma 43 lata. Dwa lata temu miał poważny wypadek na budowie. Miał zmiażdżoną dłoń i poważny uraz kręgosłupa. Na budowę już nie wróci. Jest sam — po wypadku żona się z nim rozwiodła i wyprowadziła. Utrzymuje się jedynie z niewielkiej renty, w granicach 600 zł. Jak sam mówi na nic nie starcza. Ani na opłaty, ani na jedzenie, ani na leki. Ma ogromne problemy z poruszaniem się, ale musi to chodzi. I szuka: puszek, złomu, makulatury, butelek. – Nie jestem menelem, nie piję, ale nigdzie pracy nie dostanę. O takich jak ja państwo zapomniało, najlepiej, żebyśmy zdechli pod płotem — mówi z goryczą.
Bezrobotny bezdomny wyrzucony
Andrzej ma 59 lat. Po tym, jak stracił pracę po likwidacji zakładu, żona wniosła o rozwód i wyrzuciła go z domu. Rok był bezdomny. Spał po parkach, noclegowniach, dworcach. Nigdy nie pił. Jego jedynym źródłem utrzymania jest zbieranie złomu i makulatury. Jak sam mówi, długo zastanawiał się nad samobójstwem. Ostatnio ulitował się nad nim sąsiad i za niewielkie pieniądze podnajął mu u siebie pokoik. Ale pracy nadal nie może znaleźć, zbiera zatem, co się da i przynosi na skup. Ostatnio znalazł dwa stare telewizory kineskopowe. Po rozebraniu było prawie pół kilo miedzi, czyli 10 złotych.
Na codzienny chleb
Pani Stefania — 49 lat. Straciła pracę, bo zlikwidowali jej zakład. Nie ma wyrobionych lat, więc żadne świadczenia jej nie przysługują. Mąż jest na rencie. Chodzi codziennie. – Rzadko kiedy ma złom — mówi Andrzej Jarczyński – ale dzień w dzień przynosi ze 20 kg makulatury. To 5-6 złotych. Jak sama mówi: „Akurat, żeby kupić chleb i ziemniaki, smaku mięsa już od dawna nie pamiętam”.
Od domu dziecka do bezdomności z dzieckiem
19 — letnia Joanna półtora roku temu wyszła z domu dziecka. Mieszkanie jej nie przysługiwało. Trzy miesiące później zaszła w ciążę z chłopakiem, który ją zostawił, gdy dowiedział się, że jest brzemienna. Teraz ma prawie półroczne dziecko, a ponieważ nie miała gdzie mieszkać, więc pomieszkuje z kilkoma bezdomnymi w opuszczonym domu. Sama nie pije, ale o jej towarzystwie nie można tego powiedzieć. Na złomowisku jest codziennie. Parę kilo makulatury, jakiś drobny złom. Najbardziej boi się, że opieka zabierze jej dziecko. Dlatego nigdzie nie szuka pomocy. Jak mówi, przejadła jej się „opieka” tego państwa w domu dziecka i nie chce tego dla swojego syna. Nawet mieszkanie z menelami uważa za lepsze od państwowego „bidula”.
Emerycka bezdomność
Pan Józef dostał siedem miesięcy temu świadczenia emerytalne. Po ponad 40 latach fizycznej pracy na budowach – łącznie trochę poniżej 1000 zł. Nie wystarczało nawet na opłaty za mieszkanie, a co dopiero na jedzenie i leki. Po trzech miesiącach narósł mu dług w spółdzielni, która go eksmitowała na bruk. Mieszkanie wzięła córka członka zarządu spółdzielni. On za to tuła się bezdomny. Poszedł do Opieki Społecznej. Chciał mieszkanie socjalne. Instytucja odpowiedzialna za pomoc ludziom stwierdziła, że nie może dostać mieszkania socjalnego, bo z takich pieniędzy go nie utrzyma.
http://www.opoka.org.pl/biblioteka/P/PS/mrodzina201509-bieda.html